Slider

Chwila cierpliwości...

EDC - w dziadkowej szufladzie

Weekend spędziłem w chałupie niegdyś graniczącej z szesnastowiecznym młynem. Wokoło delta rzeki, żeremia bobrów, jaszczurki wygrzewające się na słońcu a zarośnięte szlaki w lesie tworzyły fragment bursztynowego szlaku. Oprócz zwyczajowych prac jak ścięcie wyschniętych jabłonek i karczowanie karp, pomyszkowałem też w rozpadającej się szopie. Do cięższych prac zegarek leżał obok, zresztą temperatura dochodząca w słońcu do 45 stopni sprawiała że pot kapał i lał się z człowieka. Tak to wyglądało:

Temperatura w ten lipcowy weekend dawała się we znaki.


A to ja po karczowaniu karp pot jeszcze kapie po nosie,  w tle rzeczona szopa na narzędzia pełna skarbów.

Co ze sobą miałem? Oprócz czołówki zabrałem zestaw średnio skoordynowany ale niezawodny. Starą Delbanę wiernie mi służącą, która jako wakacyjny zegarek równie dobrze się sprawdza co divery czy mudman'y. Noszę ją normalnie, to znaczy kiedy trzeba ją zdjąć idąc się kąpać, lub jak wyżej opisałem do cięższych prac - po prostu ją zdejmuję. Czyli tak jak kiedyś się traktowało zegarek - z szacunkiem.

Delbana w dziadkowej szufladzie
Scyzorykiem jest zaawansowana wersja Victorinoxa z serii Atlas. To w zasadzie maksimum oczekiwań jakie mogę mieć od scyzoryka - wersja dłuższa, blokowane ostrze, piła, kombinerki i standardowe narzędzia. Polecam wszystkim.

Z szopy warsztaciku przyjechały ze mną jeszcze i inne znaleziska, które niedługo zobaczycie jako tło do zegarkowych zdjęć.

A w szufladzie jak to szufladzie - tzw. pierdolnik

Delbana przy okazji również zasługuje na szerszy opis bo jest to często wybierany przez zaczynających przygodę z zegarkami "szwajcar".


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza